Po nas choćby potop?

Pandemia nas trzyma mocniej lub słabiej od ponad dwóch lat.Świat podzielił się na dwie części: zastraszonych i tych którzy zaprzeczają istnieniu zagrożenia.Jedni i drudzy maja swoje ekstrema.Jak zwykle, najbardziej widać i słychać tych, którzy wypowiadają się radykalnie.-Szczepcie się, bo umrzecie.

 -Przestańcie zaprzeczać, noście maski, bo...umrzecie.Nie szczepcie się, bo umrzecie.

                               


Rok temu o tej porze  ludzie zaczynali cieszyć się życiem, szli do kawiarni, jechali nad morze z duszą na ramieniu, ale lato wyglądało w miarę normalnie. Jesień i zima minęły spokojnie z lekkim szałem  na przełomie roku, bo koncerny farmaceutyczne straszyły, że dla wszystkich nie ma szczepionek, że nie wystarczy itd.

Mam w swojej biografii biznesową przeszłość, więc marketingowe chwyty, czyli zwykła manipulacja, szantaż, czy wręcz przemoc medialna, nie są mi obce. Muszę jednak przyznać, że przeżyłam szok, obserwując, jak jedna osoba na przestrzeni kilku miesięcy zmieniła się o 180 stopni. Ze zdrowej fizycznie, szczepiącej się profilaktycznie na sezonową grypę, stała się fanatycznym wrogiem wszystkich, którzy myślą inaczej niż on.

Jestem  odporna. Na manipulacje, na szantaż, opieram się przemocy. Każdej. Jednak w tych właśnie okolicznościach bardziej widać jak tłum w swej masie łatwo daje się ganiać z jednej strony na drugą.


Z racji sporej odległości dzielącej mnie od tak zwanej cywilizacji, a także otoczenia, w jakim mieszkam, mam luksus szerokiego spojrzenia. To naprawdę luksus. Móc nie oglądać wiadomości, mieć możliwość filtrowania newsów  przez gęste sito, czy filtr silnej woli.

Wybrałam takie miejsce i życie w nim dawno temu i ciągle się przekonuję, jaki to był świetny pomysł.

Mój tryb życia w ostatnich dwóch latach w ogóle się nie zmienił. Jeździłam na rowerze jak zawsze, pracowałam w ogrodzie jak zawsze i nawet, podczas twardego lockdownu nie przejęłam się za bardzo zakazem opuszczania domu bez koniecznej potrzeby, bo po prostu takiej potrzeby nie miałam. Już dawno odkryłam zakupy online. Tak wyglądało moich kilka ostatnich lat.

Goście przyjeżdżali, może trochę rzadziej, ale byli. Pytani, zeznawali różnie. Jedni boleśniej odczuwali izolację, inni mniej, zaś jeszcze inni nawet się cieszyli. Rodziny, zmuszone czasem okolicznościami do wspólnego zamieszkania,  przeżywały nowe, historyczne chwile. Dziadkowie z wnukami, rodzice z dziećmi. Kwarantanny łączyły.

 Nie chcę robić jakichś podsumowań, czy ocen, ale parę rzeczy mi się utrwaliło.

Przekonałam się jak to jest kiedy rośnie we mnie opór, a nawet momentami wściekłość.

Poczułam, jak działa długo wyrzucana adrenalina i jak pustoszy psychikę strach.

Po stresie w związku z włamaniem do domu, którego ofiarą padł kolega, sąsiad, a ja musiałam interweniować,   
moje ciało odreagowało chorobą.

Silniej niż zwykle.

Doświadczenia tych dwóch lat dostarczyły mi nowej wiedzy, o  sobie.

Teraz wiem, że nawet na końcu świata wrażliwość nie tępieje tylko dlatego, że nie ma okazji się ujawnić.

Teraz wiem, że kontakt z ludźmi może być nie tylko udręką, ale czasem źródłem dobrych doznań.

Teraz wiem, że pewność siebie i umiejętność przeżywania radości można w sobie wykształcić.

Zwykły, życzliwy gest, jak  podanie dłoni, może uratować czyjeś życie.

Nie ma większej radości od tej, która pojawia się na widok czyjegoś uśmiechu i gestu wdzięczności.

Tak, okazuje się, że  człowiek ma ogromne zasoby. Jeśli musi po nie sięgać w okolicznościach ekstremalnych takie jak kiedyś wojna, a teraz pandemia strachu, to jest to dobra okazja, żeby czegoś się o sobie dowiedział.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

NIE KONSUMUJMY FILMBURGERÓW

Emocje rosną.

Zaczynam się bać.